Wpis

Wspomnienia…

Wspomnienia…
W marcu 2012 roku moje życie zmieniło się o 180 stopni… 26 sierpnia 2013 odmienił je jeszcze bardziej… Stałam się silniejsza i bardziej samodzielna… Teraz wiem, że wiele decyzji mogę podejmować sama, bez pomocy innych…

Dotąd moje życie wydawało się poukładane, mieszkanie świeciło czystością, można było jeść z podłogi, nasze życie towarzyskie było wyjątkowo intensywne, mieliśmy na wszystko czas, czas dla siebie, nawet w trakcie ciąży staraliśmy się tego nie zmieniać. Gdy Zuzia pojawiła się na świecie dojrzeliśmy, zaczęliśmy więcej czasu poświęcać dziecku i sobie… Mieszkanie już nie wyglądało jak muzeum, a znajomi mogli poczuć się nieco urażeni, że już tak często ich nie odwiedzamy… Gdy Zuzia była już na tyle duża, że potrafiła sama zająć się sobą było znacznie łatwiej, znów odbudowaliśmy to co wcześniej legło w gruzach. Plany były ogromne, ale kolejna ciąża oddaliła wszystko o kilka lat i nie to, żebyśmy byli źli z tego powodu, bo kiedyś z pewnością mielibyśmy drugie dziecko, ale coraz trudniej było nam się zorganizować. Problemy w ciąży, poród, moja wewnętrzna złość na niesprawiedliwość ludzką… Pojawiła się Lenka, niesamowite szczęście ale nie dane nam było cieszyć się naszym dzieckiem tak jak mogli robić to inni… Strasznie się z tym czułam, gdy inne mamy na sali poporodowej mogły tulić swoje maluszki a ja byłam tam sama, nie chcecie wiedzieć co wtedy myślałam… Nie życzę tego nikomu… Miałam ochotę roznieść cały szpital… Na szczęście na sali towarzyszyły mi niesowite osoby, które rozumiały mój ból i rozgoryczenie… Same były w podobnej sytuacji i gdyby nie to to nie wiem jak bym sobie z tym poradziła… Każdego dnia modliliśmy się całą rodziną aby stan zdrowia Lenki się poprawił, żebyśmy mogli wrócić do domu zdrowi i żeby Zuzia w końcu odzyskała rodzinę, bo przez ten czas ciągle była u kogoś innego… Wiele znieśliśmy i nie myślcie sobie, że się użalam, tak musiało być, los tak chciał, niefortunnie trafiłam w zły dzień z porodem – piątek wieczór, czułam, że jak nie urodzę teraz to będą trzymać mnie do poniedziałku, ale hola hola – wody cały czas odchodziły… Minęły 3 dni, wody nadal odchodziły, a ja czekałam… Poniedziałek rano – decyzja ordynatora: „Podać oksytocynę! Tej Pani wody odchodzą już od piątku!!!”… Teraz czuję wewnętrzną złość na ludzi, którzy w tej sytuacji byli decydujący, wiem że tak być nie powinno, nie wiem czy to był powód że moje dziecko po urodzeniu miało zaburzenia krążenia i oddychania, ale brak wód płodowych z pewnością się do tego przyczynił… Sam poród był mega szybki, trwał 1h 5min, jednak łatwo nie było, po wszystkim wygłosiłam przemówienie – „Więcej rodzić nie będę!!! Proszę zaszyć co tam się da!!!” Mąż dzielnie towarzyszył w tracie porodu, ledwo zdążył dojechać z pracy na czas, ale gdyby nie jego obecność nie dałabym rady… Mieliśmy czas na przytulenie Leny, ale dopiero po jej zabraniu wystąpiły zaburzenia w jej organizmie… Sala poporodowa, 3 h po porodzie, mąż prosi o przyniesienie dziecka, słyszy odpowiedź:
– „Nie wolno”,
– „Jak to?’ – pyta, 
– „Proszę rozmawiać z lekarzem prowadzącym”
– ” A kto jest lekarzem prowadzącym proszę Panią?”
Odpowiedź uzyskana…
Ja czekam i czuję, że coś jest nie tak…
Wraca mąż… Informuje mnie,czego się dowiedział. Nie mogłam uwierzyć, przecież na sali porodowej było wszystko ok, nikt mi nic nie powiedział… Byłam taka zła, że nikt nie raczył mnie poinformować, że z moim dzieckiem jest coś nie tak. Tłumaczenie: „Proszę Pani to normalne, że są takie problemy w końcu to wcześniak”… Tak, tak, ale jaki WCZEŚNIAK waży 3440g i mierzy 54cm???!!! No ludzie trzymajcie mnie bo oszaleję… W karcie ciąży zaznaczona była informacja odnośnie ostatniej miesiączki, z wyliczeń byłam w trakcie jej trwania już w ciąży!!! Potem już wiecie jak było, 2 tyg w szpitalu, inkubator, tlen, antybiotyk, kroplówki, żółtaczka, naświetlania, problemy ze ssaniem, karmienie sondami i po wielkich bólach udało się wyjść do domu. Potem znów przygoda ze szpitalem… Dziwię się ogromnie, że ja tak słaba psychicznie podołałam temu wszystkiemu, ba nawet stałam się o niebo silniejsza… Czy płakałam? Tak, wyłam do księżyca, całymi dniami zadręczałam mamę swoimi telefonami i ryczałam jak oszalała, to ona mnie podtrzymywała na duchu, zawsze to robi, wiedziała, że nie jest mi łatwo ale tylko jej słowa do mnie przemawiały. Kazała być silną – więc starałam się jak mogłam… Były chwile załamania, wtedy to mąż zostawał na noc z Lenką w szpitalu a ja zwyczajnie potrzebowałam zobaczyć Zuzię, przytulić ją i zasnąć u jej boku… Było mi cholernie ciężko zostawić jedną córkę i jechać do drugiej, czułam się jak wyrodna matka… Powtarzałam to na każdym kroku… Mąż usilnie chciał mi pomóc, dlatego zostawał z Lenką w nocy, nawet personel szpitala domagał się, aby ktoś mnie zmienił, nasza historia była znana już w całym szpitalu… Wychodząc do domu z Lenką w nosidełku słyszałam – „Do widzenia, ale nie w takich okolicznościach. Już wystarczająco długo należeliście się w szpitalach.”
Teraz wiem, że te doświadczenia pozostawiły po sobie ślad w mojej głowie… Jestem silniejsza, mądrzejsza, nie dam się!!! Moje dzieci to cały mój świat, dla nich muszę być silna, bez nich nie istnieję…

Comments (46)

  • co nas nie zabije to nas wzmocni ! Wieżę że już tylko lepiej będzie 🙂

  • Wiele przeszliście – silan z Ciebie osoba 🙂 Ważne żeby już wszystko było dobrze 🙂

  • Piękne słowa i okropna historia, łzy mi lecą.. Mam nadzieję, że teraz będziesz silniejsza! Będziesz się już lepiej czuła, psychicznie i oby nigdy więcej nic takiego wam się nie przydarzyło!!

    http://itsallaboutmylittleworld.blogspot.com/

  • Anonimowy says:

    Asiu poprostu czytalam i łzy mi leciały .Najwazniejsze ze przetrwaliscie najgorsze chwile,jesteście bogaci w doświadczenia,ale nikomu takich doświadczeń sie nie zyczy.Najwazniejsze jest tu i teraz.Jesteście całą czwórką i to się liczy;*Justyna K(JWK)

  • Anonimowy says:

    Niesamowite ja bym odpadła juz dawno Szacunek ale jedno mnie zastanawia skoro od piątku odchodziły Ci wody to powinnaś dostawać antybiotyk żeby dziecko nie miało problemów z krazeniem, nie miało zapalenia płuc!!!! Dostałaś cos takiego? Jestem w szoku co za lekarze w tym szpitalu, podziwiam naprawdę za sile i wytrwałość!!!! ♥

    • zuzulenka says:

      Tak, dostawałam Hiconcil, choć jednego dnia pominięto dawkę… Po fakcie się zorientowałam, jak w nocy mnie nie obudzono na połknięcie pigułki…

  • baba.tu says:

    Swoje przeszliście 🙁 Najwżniejsze, że jesteście już razem i tworzycie cudowną rodzinkę 🙂 Samych pięknych rodzinnych chwil 🙂

  • wy przetrwaliscie ,my z wami cięzko było ale dobrze że juz po TERAZ BEDZIE TYLKO LEPIEJ.

  • Magda M says:

    A napisaliście skargę? Ja na porodówce usłyszałam, że po odejściu wód można czekać do 12 godzin. Nie dłużej. A już na pewno nie 3 dni :/ Dobrze, że tak się to skończyło.

    • zuzulenka says:

      Tak wiem, że jest 12 h, jednak lekarze na porodówce twierdzili inaczej… Twierdzili, że pęcherz z wodami nie pękł całkowicie i że nadal wody są … Mylili się… Nie wiem co dalej będzie ale tego tak nie zostawię… Choć nie mam siły na walkę z wiatrakami…

    • zuzulenka says:

      Tak wiem, że jest 12 h, jednak lekarze na porodówce twierdzili inaczej… Twierdzili, że pęcherz z wodami nie pękł całkowicie i że nadal wody są … Mylili się… Nie wiem co dalej będzie ale tego tak nie zostawię… Choć nie mam siły na walkę z wiatrakami…

    • Magda M says:

      Czytam Twojego bloga od dawna, bo mamy dzieci w prawie takim samym wieku (tylko płcią się różnią :)) i jesteśmy z tego samego miasta. Starszego rodziłam na miejskim – przyjechałam na oddział po odejściu wód i od lekarza, który mnie przyjmował usłyszałam, że maksymalnie można czekać 12 h. Po tym czasie miałam silne skurcze, ale rozwarcia ani trochę. Kazali mi czekać. Po kolejnych dwóch godzinach mój Hubert uruchomił znajomego lekarza (przyjaciela dyrektora szpitala) – w ciągu pół godziny zorganizowali cesarkę. A na sali ze mną leżała dziewczyna, która czekała na poród po odejściu wód prawie 2 dni. Drugiego syna rodziłam na Winiarach. Walcz, może dzięki temu coś się zmieni. W razie czego – chętnie pomogę.

    • Magda M says:

      Czytam Twojego bloga od dawna, bo mamy dzieci w prawie takim samym wieku (tylko płcią się różnią :)) i jesteśmy z tego samego miasta. Starszego rodziłam na miejskim – przyjechałam na oddział po odejściu wód i od lekarza, który mnie przyjmował usłyszałam, że maksymalnie można czekać 12 h. Po tym czasie miałam silne skurcze, ale rozwarcia ani trochę. Kazali mi czekać. Po kolejnych dwóch godzinach mój Hubert uruchomił znajomego lekarza (przyjaciela dyrektora szpitala) – w ciągu pół godziny zorganizowali cesarkę. A na sali ze mną leżała dziewczyna, która czekała na poród po odejściu wód prawie 2 dni. Drugiego syna rodziłam na Winiarach. Walcz, może dzięki temu coś się zmieni. W razie czego – chętnie pomogę.

    • zuzulenka says:

      Madziu, wiem że nie byłam jedyną osobą potraktowaną w ten sposób… To podejście jest wręcz karygodne, ja rozumiem że każdy dzień dłużej w brzuchu liczy się dla dziecka urodzonego przedwcześnie, ale brak wód może wywołać znacznie większe szkody… Pluję sobie w brodę, że wybrałam tamten szpital… Ale czasu nie cofnę… Nie wiem jakby było gdzie indziej… Ale rzeczywiście ktoś musi zmienić to podejście do pacjentów…

    • zuzulenka says:

      Madziu, wiem że nie byłam jedyną osobą potraktowaną w ten sposób… To podejście jest wręcz karygodne, ja rozumiem że każdy dzień dłużej w brzuchu liczy się dla dziecka urodzonego przedwcześnie, ale brak wód może wywołać znacznie większe szkody… Pluję sobie w brodę, że wybrałam tamten szpital… Ale czasu nie cofnę… Nie wiem jakby było gdzie indziej… Ale rzeczywiście ktoś musi zmienić to podejście do pacjentów…

  • Magda M says:

    A napisaliście skargę? Ja na porodówce usłyszałam, że po odejściu wód można czekać do 12 godzin. Nie dłużej. A już na pewno nie 3 dni :/ Dobrze, że tak się to skończyło.

  • lavinka says:

    Rodzić w piątek to teraz okropność. Niestety tak bywa w szpitalach. Ja rodziłam w poniedziałek na szczęście, ale i tak trzymali nas do piątku, a potem w weekend nikt nie odważył się nawet zdecydować o zdjęciu mi szwów, przez co nieco zarosły. Tak się bali ordynatora, bo to on decydował.

  • lavinka says:

    Rodzić w piątek to teraz okropność. Niestety tak bywa w szpitalach. Ja rodziłam w poniedziałek na szczęście, ale i tak trzymali nas do piątku, a potem w weekend nikt nie odważył się nawet zdecydować o zdjęciu mi szwów, przez co nieco zarosły. Tak się bali ordynatora, bo to on decydował.

  • Mio i Mao says:

    Bardzo Ci współczuję. Jesteś silną kobietą. Córki mają wspaniałą mamę:)

  • Mio i Mao says:

    Bardzo Ci współczuję. Jesteś silną kobietą. Córki mają wspaniałą mamę:)

  • zaneta z says:

    Kochana aż sie wzruszyłam!! Piękne opisane!! Powiem Ci szczerze, ze jak zobaczyłam wagę Lenki to sie zdziwiłam, ze może mieć jakieś problemy 🙁 jest śliczna btw 🙂 poza tym my wyszliśmy tego samego dnia do domu, ale tez ciężkie dni bywają pomimo tego ze Ali nic nie jest! Tez mam czasem wyrzuty, ze nie mogę posowecic 100% Neli :/ ona ciągle wymaga duEj uwagi :/ ciagle myśle pozytywnie, ze jutro juz bedzie tylko lepiej, a córki to skarb, za który trzeba dziękować i być silnym 🙂 buziole

    • zuzulenka says:

      Bywa ciężko to fakt, zwłaszcza że człowiek stara się aby drugie dziecko nie odczuło braku zainteresowania. Ja angażuję Zuzię we wszystko, pomaga mi zmieniać pieluszkę, trzyma czasem butelkę jak karmię Lenkę, oczywiście trzyma ją razem ze mną, czasem pomaga pchać wózek 🙂 Takie sposoby są najlepsze, żeby dziecko czuło się potrzebne i akceptowane 🙂

  • Anonimowy says:

    Asiu powtarzam Ci za każdym razem,że Cię bardzo podziwiam.W moim wyobrażeniu zawsze byłaś krucha i delikatna,a widać,że w takiej sytuacji Herod z Ciebie kobieta.Nie każda dałaby radę(a już ja chyba bym pękła).Natalka miała tylko żółtaczkę,a ja dostałam w szpitalu histerii,bo też ciągle zabierali mi ją na naświetlania.A tu proszę ,niezła siłaczka z Ciebie,,jak lwica walczysz z przeciwnościami losu i za to należy Ci się chyba jakiś medal.Wzór do naśladowania.Czytając Twój blog dochodzę do wniosku,że ze mnie jest kiepska matka,nieporadna ślamazara,która po przeprowadzce nie umie pogodzić prowadzenia domu i pracy.Bardzo się cieszę,a nawet jestem dumna ze swojej współpracownicy,że młodsza ode mnie tyle lat,a taka silna,samodzielna i odpowiedzialna mama,żona i gospodyni.Asiu trzymaj tak dalej.Dużo buziaków

    • zuzulenka says:

      Uwierz mi, że każdy w naszej sytuacji musiałby zachować spokój i się nie poddawać :* A jak jeszcze raz powiesz mi, że jesteś kiepską matką to naklepie po tyłku :* Obiecuje :* Zaraz jadę do szpitala na usg, więc zajrzę i zobaczysz jak Cię opierdzielę :* Buźka :*

    • zuzulenka says:

      Uwierz mi, że każdy w naszej sytuacji musiałby zachować spokój i się nie poddawać :* A jak jeszcze raz powiesz mi, że jesteś kiepską matką to naklepie po tyłku :* Obiecuje :* Zaraz jadę do szpitala na usg, więc zajrzę i zobaczysz jak Cię opierdzielę :* Buźka :*

  • Anonimowy says:

    Asiu powtarzam Ci za każdym razem,że Cię bardzo podziwiam.W moim wyobrażeniu zawsze byłaś krucha i delikatna,a widać,że w takiej sytuacji Herod z Ciebie kobieta.Nie każda dałaby radę(a już ja chyba bym pękła).Natalka miała tylko żółtaczkę,a ja dostałam w szpitalu histerii,bo też ciągle zabierali mi ją na naświetlania.A tu proszę ,niezła siłaczka z Ciebie,,jak lwica walczysz z przeciwnościami losu i za to należy Ci się chyba jakiś medal.Wzór do naśladowania.Czytając Twój blog dochodzę do wniosku,że ze mnie jest kiepska matka,nieporadna ślamazara,która po przeprowadzce nie umie pogodzić prowadzenia domu i pracy.Bardzo się cieszę,a nawet jestem dumna ze swojej współpracownicy,że młodsza ode mnie tyle lat,a taka silna,samodzielna i odpowiedzialna mama,żona i gospodyni.Asiu trzymaj tak dalej.Dużo buziaków

  • Wiele przeżyliście, dobrze, że się wszystko dobrze skończyło. Ale ewidentnie ktoś popełnił błąd, mi położna na sali porodowej mówiła, że jeśli wody odeszły lub sączą się około 18 godzin to powinno się rozwiązać ciążę cesarskim cięciem jeśli nic nie działa. A Tobie nawet oxytocyny nie podali, no coś dziwnego!

    • zuzulenka says:

      No niestety tak być nie powinno… 🙁 Całe szczęście, teraz jest już wszystko dobrze. Nigdy nie chciałabym znów przechodzić przez to wszystko…

    • zuzulenka says:

      No niestety tak być nie powinno… 🙁 Całe szczęście, teraz jest już wszystko dobrze. Nigdy nie chciałabym znów przechodzić przez to wszystko…

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *